Kochany pamiętniczku, nie uwierzysz co mi się przytrafiło – dotarłem do bieguna południowego!!!
Idealnie mi pasowały do dzisiejszego dnia słowa piosenki Kamila Bednarka:
„Takie chwile jak te
Nie zdarzają się zbyt często
Takie chwile jak te
To nasze zwycięstwo”
59 dni, 930km. 5-ty Polak, który samodzielnie dotarł na biegun na nartach od brzegu lądolodu antarktycznego. Pierwszy trasą Messnera!
Prawie 2 miesiące ciężkiej fizycznej harówy i funkcjonowania w trudnych arktycznych warunkach. 2 miesiące non-stop w ujemnych temperaturach, od ok. minus 10 do ok. minus 35 stopni.
Wieloletnie marzenie zamieniło się w projekt, 6 lat konkretnych działań, poznawania ludzi, od których mogłem się czegoś nauczyć, zbierania doświadczeń praktycznych, budowania wiedzy.
Ale dzięki temu jestem dziś tu, na dole globusa. O 14:30 czasu Chile stanąłem w miejscu, gdzie ponad 100 lat temu wcześniej dotarł Amundsen i Scott, dotarłem tu w tym samym, ekspedycyjnym stylu.
Cholera, jestem sam z siebie dumny, i nie tylko chodzi o to, że tu dotarłem - ale też dlatego, że czas poświęcony na przygotowania i planowanie przełożył się na to, że dwa miesiące potrafiłem przetrwać w tych warunkach, utrzymać się w dobrym stanie i zdrowiu (no, relatywnie ;) ale wystarczająco), zaadoptować się i być samowystarczalnym. Jestem cholernie zmęczony, to fakt – ale poza tym wszystko zagrało!
Dziś był bajkowy dzień. Od ostatniego obozu przeszliśmy ca. 12 km. Droga była prosta, fantastyczna, zimna, antarktyczna pogoda, praktycznie bez wiatru. Po jakichś 2-3 km na dalekim horyzoncie pojawiło się drobne zakłócenie czystego, białego otoczenia – jakieś drobne, czarne punkciki. Śnieg skrzypiał pod nartami, budynki bazy Scott-Amundsen rosły systematycznie a my powoli się do nich zbliżaliśmy. Parę razy przystawaliśmy spontanicznie aby jeszcze ponapawać się otaczającą nas ciszą. Było naprawdę idealnie na zakończenie wyprawy.
Obok bazy naukowej w sezonie jest organizowany obóz firmy ALE – dla jej klientów komercyjnych ale też do wykorzystania przez ekspedycje (w sumie też jesteśmy klientami tej firmy). Tam się kierowaliśmy i albo sygnał naszych GPSów był monitorowany albo obsada tego obozu miała wyczucie bo jak byliśmy dosłownie paręset metrów od głównego namiotu to na zewnątrz wyszedł komitet powitalny – 2-3 osoby obsługi oraz James Baxter, Alan Chambers i Dave Thomas. Co za tłok! Tylu ludzi na raz widzieliśmy ostatnio w listopadzie zeszłego roku ;)
Biegun był oddalony od obozu o jakieś 300 metrów. Trochę mnie zaskoczyło usytuowanie punktu z tablicą „Biegun geograficzny południowy” – tuż obok, jakieś 100 metrów od terenu bazy naukowej. Jakoś miałem w głowie przekonanie, że to musi być w jakimś odosobnieniu.
Ale najpierw dochodzi się do punktu ceremonialnego – szklanej kuli otoczonej półokręgiem flag państw-sygnatariuszy Traktatu Antarktycznego. Tu na spokojnie zrobiliśmy parę zdjęć. Ale już przy tej tablicy oznaczającej zasadniczy biegun, przy tablicy na której wspomniani są Roald Amundsen i Robert Scott miałem taki kocioł emocji, do których mężczyźni zwykli się nie przyznawać. Co tu dużo mówić – ścisnęło trochę w gardle - wzruszenie, wdzięczność, satysfakcja, zadowolenie, duma, niedowierzanie – chwilę trwało zanim sobie z tym natłokiem wrażeń poradziłem...
Popołudnie w bazie ALE, wymiana wrażeń i informacji. Patrick i trzej Finowie odlecieli do UnionGlacier 2 dni temu. Po raz pierwszy od 59 dni inne jedzenie, inne picie, siedzenie na krześle, normalna toaleta. Nie musimy martwić się o rozpalenie kuchenki, o topienie śniegu, o rozstawienie namiotu – dziś do naszej dyspozycji jest duży kopulasty namiot z nagrzewnicą!
Jedyny minus, może minusik – nie ma prysznica. A na to bardzo czekam. Może jutro się uda, może pojutrze, trzeba być cierpliwym.
Wieczorem dostajemy informację, że wylot do UnionGlacier jest już jutro o 7:00 rano. Trochę mi szkoda bo w sumie fajnie byłoby tu spędzić jeden luźny dzień – ale z drugiej strony jest już końcówka stycznia i trzeba korzystać z dobrego okna pogodowego.
Dystans pokonany do tej pory = 932,71 km. Dystans pozostały = 0,00 km