Dwie refleksje po dzisiejszym dniu:
1. Taki był plan aby dziś – najpóźniej – skończyć. Najpewniej skończymy za dwa dni więc finalnie obsuwa nie jest duża i można zapasami tak zarządzić, że wszystko się uda. Ale patrząc wstecz i próbując wyciągnąć jakieś wnioski ostrożnie szacuję, że moglibyśmy tę wycieczkę ukończyć np. w 56 dni (czyli wczoraj). Główne powody obsuwy to przede wszystkim >100km luźnego śniegu za 86-tym równoleżnikiem. Tempo tam nam bardzo spadło i na pewno dwa dni tam straciliśmy.
A co najmniej jeden dzień to zbyt swobodne podejście do dyscypliny czasowej, które zaproponował na jakimś etapie Per a ja nie oponowałem. Jego hasło „enjoy the trip”, podejście do wyprawy na zasadzie „kiedy dojdziemy to dojdziemy, z nikim się nie ścigamy” wydawało mi się początkowo takie uwalniające od stresu – i takie faktycznie było. No i finalnie – jeśli faktycznie dojdziemy pojutrze – to będzie można powiedzieć, że się sprawdziło. Ale wystarczyłoby np. dwa dni więcej niepogody zmuszającej do pozostania w namiotach i zrobiłoby się nieciekawie.
Na takiej wyprawie nie ma się kontroli nad wieloma czynnikami a akurat nad czasem można próbować zapanować. Jest to prosta matematyka. Wystarczy sobie uświadomić, że jeśli marsz w ciągu 1 dnia trwa 8 godzin to mamy zaplanowanych siedem 10-minutowych przerw, co daje dziennie 70 minut przerw. Jeśli zaczynamy swobodnie do takiego planu podchodzić i robić np. 15-minutowe przerwy to można powiedzieć, że to nic wielkiego, to tylko 5 minut różnicy. Ale w ciągu 1 dnia przekłada się to na 7x5=35 minut przerw więcej niż planowane. W ciągu 14 dni zrobi się z tego PONAD 8 GODZIN PRZERW więcej niż planowano – czyli jeden cały dzień marszu mniej! A takich dni mieliśmy przecież więcej niż 14. Wniosek dla innych – trzymanie dyscypliny czasowej ma znaczenie.
2. Jestem bardzo, bardzo zmęczony. Muszę to przyznać przed samym sobą. To pewnie wpływ wielu czynników - wysokości, długości i stopnia wysiłku, może mojego wieku, długotrwałego funkcjonowania organizmu w ujemnych temperaturach i zmuszenia go do pracy w tych warunkach na wysokich obrotach. Czuję wyraźną słabość na trasie, w czasie marszu i chyba coraz gorzej się regeneruję. W saniach nie ma już praktycznie jedzenia (zostało 1,5 porcji), została resztka paliwa, są najlżejsze od startu wyprawy – a mimo to mi ciążą. Myślę, że gdyby mi teraz dać sanie z pierwszego dnia wyprawy to miałbym problem, żeby je ruszyć z miejsca. Zresztą wystarczy porównać jedną rzecz – w pierwszych dniach, przy pełnych saniach, dzień kończyłem po 7,0-7,5 godzinach a na liczniku miałem spokojnie 20km. Teraz, przy lekkich saniach, motywujemy się z Perem żeby wycisnąć 18,0-19,0km i żeby ten cel osiągnąć przedłużamy dzień marszu do ponad 9,0-9,5 godzin. Chyba ta wycieczka najbardziej ze wszystkich moich dotychczasowych przygód zmusza mnie do sięgnięcia do głębokich rezerw. Więc sięgam ale dobrze, że to już tylko 31 km.
Dystans pokonany do tej pory = 901,68 km. Dystans pozostały = 31,03 km