No więc idziemy sobie, podchodzimy dalej, cóż zrobić.
Nie jest to może bardzo strome podejście ale fakt, że trwa już trzeci dzień i jest bez przerw w postaci wypłaszczeń sprawia, że jest męczące psychicznie. Muzycznie nie mogę się zdecydować czy to „Stairway to heaven” czy raczej może „Highway to hell”… W każdym razie inaczej sobie wyobrażałem płaskowyż w Last Degree.
Zimno, tak jak wczoraj. Szybko trzeba ogarniać zmiany rękawiczek, gogli, sikanie, etc. Na przerwach kulimy się w puchówkach, szybko coś przegryzamy, kubek ciepłego z termosu i idziemy dalej. Trzeba się skupić, żeby przed wyjściem z namiotu o niczym nie zapomnieć, mieć w łatwo dostępnym miejscu na saniach wszystko co może być potrzebne w ciągu dnia – bo w takich warunkach każda większa akcja szukania czegoś w saniach albo np. wymiany jakiejś części ubrania oznacza konieczność zatrzymania się na dłużej (błyskawiczne wychłodzenie, utrata ciepła) i zdjęcia rękawiczek (ryzyko odmrożeń). Wystarczy już, że samo przegryzienie i wypicie czegoś na krótkiej przerwie jest pewną ekwilibrystyką – wszystko odbywa się w puchowych, grubych rękawiczkach a dostęp do otworu gębowego przez szczelinę w sztywnej jak lód masce na twarz wcale nie jest taki łatwy ;).
Dzień skończyliśmy wcześniej niż planowaliśmy bo Per zgłosił problem z tą swoją stopą. Jutro niby mamy nadrobić. Zobaczymy.
Kronika towarzyska: po pierwsze jak już byliśmy zakwaterowani w namiotach to doszedł nas pod wieczór James Baxter, Anglik, 64 lata. Idzie trasą z Hercules Inlet. Jak sam powiedział jesteśmy pierwszymi ludźmi jakich zobaczył od ponad 50 dni. Z jego maski na twarz zwisały długie sople zamrożonej wilgoci i oddechu. Czy my tak samo wyglądamy w czasie drogi? Pogadaliśmy dłuższą chwilę, wszystko u niego OK. Przez chwilę zastanawiał się czy nie postawić namiotu obok nas ale zdecydował, że jednak odejdzie o jakieś 20 minut dalej, żeby zachować swój klimat i swoją rutynę. Nothing personal :).
A po drugie wieczorem przyszła informacja komunikatorem inReach, że Patrick Bernier, Kanadyjczyk, mój namiotowy kumpel z Grenlandii właśnie dotarł dziś do bieguna! 1.400 km w 58 dni! Średnio 24km dziennie. Gigant. Wielkie gratulacje. Ciekawe czy tam na nas poczeka?
Dystans pokonany do tej pory = 864,38 km. Dystans pozostały = 68,33 km