To ostatnia niedziela… na tej trasie.
Tak musi być! Żeby skały sr..ły to najpóźniej w sobotę wjeżdżam na biegun.
A dziś wjechaliśmy w Last Degree! To naprawdę olbrzymi kamień milowy. I nie chodzi tylko o ilość km, których po dzisiejszym dniu zostało tylko 100. Sporo stresu spada z głowy bo to oznacza 100km od bazy na biegunie, gdzie są ludzie pracujący w stacji naukowej Scott-Amundsen, gdzie jest sprzęt, śnieżne pojazdy, wyposażenie medyczne, ekipa ratownicza, gdzie w końcu w sezonie regularnie lądują samoloty i helikoptery. To wszystko oznacza, że w razie jakiegokolwiek problemu czy wypadku pomoc może dotrzeć bardzo szybko – jesteśmy na płaskowyżu więc nawet specjalnym, terenowym pojazdem pokonanie 100km nie powinno zająć więcej niż 3-4 godziny. I z każdym dniem będzie o to łatwiej, ryzyko spada, więc nawet gdyby co to … jest luz i spokojna głowa.
Dzień zaczął się pięknie, trasa o jakiej marzyłem od jakichś… 50 dni ;) Płasko, bez przeszkód, do tego idziemy śladem Anglików – jak na przygotowanym torze do biegówek. Naprawdę pięknie i łatwo się szło. Tak mniej więcej do godziny 12-tej. Potem po pierwsze Per musiał poprawić opatrunek na stopie – wygląda na to, że trochę się krzywi ale konsekwentnie zadeptuje ten swój problem. A po drugie Last Degree przywitał nas podejściem na ładną, rozległą wydmę śnieżną. Która zaczynała się niewinnie wyglądającą zmianą nachylenia, potem stopniowo się wyostrzała a potem podchodziliśmy, podchodziliśmy i podchodziliśmy już do końca dnia. Sapiąc ze zmęczenia i wściekłości – bo JUŻ PRZECIEŻ NIE MIAŁO BYĆ ŻADNYCH PODEJŚĆ, ŻADNYCH WYDM! TO MIAŁ BYĆ PŁASKOWYŻ! Nazwa chyba powinna do czegoś zobowiązywać.
No ale WYDMA JEST. "Jest" bo jeszcze się nie skończyła jak stawaliśmy na noc. Ale może jutro się skończy? Może trzeba się nią cieszyć bo to ostatnia diuna?
Dystans pokonany do tej pory = 832,73 km. Dystans pozostały = 99,98 km