50-ty dzień! Pięćdziesiąt dni survivalu na Antarktydzie. No kto by pomyślał do czego człowiek jest w stanie się zmusić :)
Wg pierwotnego planu dziś miałem kończyć. Wg drugiego, poprawionego – 54-go dnia – ale to też nie wyjdzie. Coś mi się widzi, że i 57-ty stoi pod znakiem zapytania, ehh, po prostu będę szedł i kiedyś tam dojdę. Dystans już jest taki przyjazny, naprawdę.
Dzień mógł być piękny bo rano uśmiechnięty patrzyłem na przewidywany profil trasy i widziałem, że już wszystkie podejścia zaliczone, zostało płaskie – a nawet chwilowo trochę jakby w dół. Więc – myślałem sobie – szarpniemy i będzie miły, łatwy i konstruktywny dzień.
A tu dupa. Antarktyda zaoferowała cały dzionek ciągnięcia saneczek pod górkę. Non-stop podejście! Niby nie jakieś ostre ale za to konsekwentne i bez wypłaszczeń. Ucieczki nie ma, trzeba iść, wciągnąć nos pod face-maskę i wpatrywać się w ten nieniknący horyzont. Gdzieś tam, tuż za nim jest mój cel. Takie wakacje. Już niedługo.
O pogodzie nawet nie piszę bo jest stabilna – raz słoneczko, raz chmurki, wiatr średniej mocy i temperatury poniżej 30 stopni już stale nam towarzyszą.
Drobna naprawa się przydarzyła – jedno zapięcie plastikowe na saniach, taka klamra na zatrzask (albo na wcisk) chyba nie wytrzymała tych niskich temperatur i pękła. Ja jeszcze nie pękam i byłem na to przygotowany – zaimprowizowana alternatywa sprawnie zamontowana i działa. Fajnie, że przez te 50 dni nic nie uległo poważniejszej awarii – ale nie kuśmy losu bo jeszcze parę dni zostało.
Dystans pokonany do tej pory = 781,36 km. Dystans pozostały = 151,35 km