Uuuuh, ciężko było. Już niby płasko ale nowe 16kg na saniach (jedzenie i paliwo z depozytu) zrobiło swoje. Wpływ na poczucie zmęczenia ma też na pewno wysokość – nominalna to 2.700 m npm ale – co warto wiedzieć – cieńsza warstwa atmosfery i niższe ciśnienie nad biegunem powoduje, że organizm człowieka odczuwa w tym rejonie jakby był jakieś 1.000-1.300 metrów wyżej, czyli na wysokości ok. 4.000 m npm.
Szczęśliwie były też rzeczy na plus – moje paluchy u stóp chyba odpuściły i uznały, że jeszcze ze mną powspółpracują więc miałem większy komfort marszu. Mam je już wszystkie obklejone plasterkami i trochę z nimi jest roboty wieczorem i rano. Oby mi tylko plastrów i opatrunków wystarczyło ;) No i miał być white-out wg prognozy a faktycznie go nie było.
Teren trochę upierdliwy – jakby ktoś świeżo zaorał pole ale oczywiście w poprzek naszego kierunku marszu. I przez kilka godzin szarpanie po tym, górka-dołek, górka-dołek.
Pojawiły się też łachy tzw. sand snow – ale ten bohater chyba jeszcze powróci na scenę w większym wymiarze. Podobno pokrywa sporą przestrzeń w bezpośredniej okolicy bieguna. To taki śnieg o konsystencji piasku i słabym czynniku tarcia – jak sanie na niego wjeżdżają to momentalnie odczuwa się, że przestają się ślizgać. Będzie, będzie zabawa…
W połowie dnia natknęliśmy się na czyjś ślad – dwie osoby. Prowadzi w dobrym kierunku więc się go trzymamy na razie.
Dystans pokonany do tej pory = 766,31 km. Dystans pozostały = 166,40 km