Podeszliśmy dziś tuż pod 88 stopień, zostały jakieś 2 km, żeby go przekroczyć.
Ale już nie daliśmy rady.
Tuż pod koniec dnia pojawiła się piękna giga-diuna, taka ładna i stroma, na pewno po to abyśmy tęsknili za stopniem 87-ym. Jeszcze jej nie skończyliśmy podchodzić – ale i tak dobrze, że udało się znaleźć w miarę płaski fragment żeby postawić namiot.
Cztery dni temu, 2-go stycznia wyliczałem, że możemy dojść w 57 dni, 18-go stycznia pod warunkiem, że będziemy robić 18km dziennie. A jak wszędzie piszą i też mówili nam na briefingu przed wyprawą najbliższe okolice bieguna to olbrzymi płaskowyż (tzw. polar plateau) więc nie powinno być tak trudno. Tyle plan – a realia wyglądają tak:
03 stycznia – 14,0km, tj. 4km niedoróbki w porównaniu z planem minimum
04 stycznia – 16,0km, tj. 2km niedoróbki
05 stycznia – 16,0km, tj. 2km niedoróbki
06 stycznia – 16,5km, tj. 1,5km niedoróbki
A więc tylko po 4 dniach jestem już prawie 10km do tyłu względem całkiem świeżego planu. 10km to ponad pół dnia.
Wiem – powinienem iść szybciej albo dłużej. Ale to wcale nie jest takie proste. Zmęczenie organizmu jest coraz bardziej widoczne, zaczynają się też różne problemy (stopy, dłonie, pachwiny, bóle mięśniowe) i apteczka jest częściej w użyciu. Poza tym - to jest taka trochę gra strategiczna – zwiększenie tempa marszu oznacza jeszcze większe zmęczenie i zapotrzebowanie na większą ilość dostarczanej energii a jedzenia mam ile mam (a może i tak go braknie jeśli nie będę trzymał się planu). Wydłużenie godzin marszu oznacza też więcej potrzebnych kilokalorii oraz zmniejszenie czasu na odpoczynek. Trzeba balansować, dokonywać wyborów w warunkach ograniczonych zasobów wszystkiego.
Na szczęście psycha jeszcze mi nie siada, głowa trzyma się nieźle.
Dystans pokonany do tej pory = 707,96 km. Dystans pozostały = 224,75 km