Widoczność jakaś rano była więc ruszyliśmy się.
Pogoda nienajgorsza, lekki wiatr, zacinający z lewej ale jest słońce choć tylko takie spoza chmur.
Teren o wiele lepszy od tych pól luźnego śniegu – choć wiele o minionych dniach mówi to, że w ten sposób określam przestrzeń pokrytą mniejszymi i większymi zastrugami. Pomiędzy nimi patchwork z łach różnego rodzaju śniegu. Już go rozpoznaję z dystansu, trochę po kolorze, trochę po widocznej fakturze, trochę po kształtach tych łach – luźny, twardy, lód, piasek, bagno, w którym się zanurzę, etc. Ciekawe jest to jaką bazę danych człowiek może sobie w głowie zbudować i jakie zmysły się budzą. Czytałem, że Eskimosi rozróżniają co najmniej kilkanaście rodzajów śniegu i na każdy mają inną nazwę – wtedy w to trochę powątpiewałem ale teraz jest to dla mnie oczywiste.
Generalnie idziemy dziś po terenie tego rodzaju jakbyśmy szli po gigantycznej tarce. Zastruga, 2-3 kroki po losowo napotkanym rodzaju śniegu i kolejna zastruga. Ale i tak wolę to niż wciągający sanie luźny śnieg. Sztuka jest w tym aby z tym terenem nie walczyć tylko spróbować złapać odpowiedni rytm marszu dostosowany do rozłożenia tych zastrug – są dziś dość regularnie rozłożone.
Szliśmy cały dzień dość rytmicznie, powiedziałbym nawet -> automatycznie.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu zrobione 18 km – niezły wynik, dawno nie widziany w mojej tabelce. Ale na koniec dnia odczucie trochę słodko-gorzkie bo po wieczornej komunikacji z TelComms z UG dokonuję kolejnej (drugiej i mam nadzieję ostatniej) korekty dystansu pozostałego do celu. Dodaję ok. 5km na podstawie danych z UG. Po staremu byłoby jeszcze 282,29, po nowemu przyjmuję, że mam do przejścia jeszcze 287,00 km. To prawdopodobnie przez to, że wbrew pozorom nie idę w linii prostej - omijanie zastrug, kluczenie w trakcie white-out'u etc. powoduje, że pokonana droga jest mniej lub bardziej kręta i staje się trochę dłuższa.
W każdym razie bazując na nowej wyliczance celujemy teraz w 18 stycznia na biegunie. To oznacza konieczność pokonywania 18 km przez kolejne 16 dni. Nie mam żadnej nadróbki dystansu i przy takim planie byłbym na styk z posiadanym jedzeniem i paliwem – uwzględniając w tym również swój „emergency bag” z kilkudniowymi zapasami, pozostawiony w UG „na wszelki wypadek”. No cóż – „wszelki wypadek” właśnie się dzieje bo już wiem, że ani w 50 ani w 54 dni tej trasy raczej nie pokonam. Muszę powalczyć o 57 dni (właśnie na tyle dni przygotowałem zapasy w maksymalnym scenariuszu) a UG muszę poprosić o dostarczenie mi jakoś mojej parodniowej rezerwy.
Dystans pokonany do tej pory = 645,71 km. Dystans pozostały = 287,00 km