Geoblog.pl    whisky    Podróże    Antarktyda, Biegun Południowy    D-39
Zwiń mapę
2023
31
gru

D-39

 
Chile
Chile, Camp 39
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 19229 km
 
Ostatni dzień roku…
Co ja tu robię? Podobno realizuję swoje marzenie. Ale czy rzeczywiście czy tylko to sobie wmówiłem?

Tak sobie dziś szedłem i o tym myślałem – a mogłem bo dzień był w miarę dobry zważywszy na okoliczności. Trudno stwierdzić tak naprawdę skąd się wziął ten pomysł, ta myśl. Ale faktem jest, że od zawsze te historie odkrywców, podróżników mierzących się z trudami, wyzwaniami poruszały we mnie jakąś strunę, powodowały, że poznawałem koleje ich losów z wypiekami na twarzy. Podziwiałem ich. Myślałem: „Czy ja bym potrafił? Czy umiałbym? Czy bym wytrwał? Czy poradziłbym sobie?”.

I jakoś tak od 6 chyba lat zacząłem przekuwać ten mglisty na początku pomysł, ogólną myśl - w konkretny plan. Plan dojścia do bieguna – no bo biegun to miejsce symboliczne jednak, „czubek ziemi”! Chociaż KURNA NIC TAM PRZECIEŻ NIE MA! Żadnego widoku spektakularnego typu Grand Canyon, żadnego zabytku jak Zamek w Malborku, nie rozegrała się tam żadna historyczna bitwa ani nie miało miejsca religijne objawienie. Po prostu punkt na mapie, a może raczej na globusie (bo na standardowej mapie w atlasie jest niewidoczny w typowym układzie Mercatora). A jednak porusza wyobraźnię. Może właśnie fakt, że tam „nic nie ma” szczególnego ma taką magiczną siłę, że niektórzy podejmują wysiłek aby tu dotrzeć o własnych siłach? Jak się słyszy, że ktoś „doszedł do bieguna” to u wielu otwierają się skojarzenia z czymś niepojętym, prawie niewykonalnym – może właśnie to ogólne wyobrażenie powoduje, że niektórzy chcą to sprawdzić na własnej skórze?

Więc chyba tak – jakieś marzenie we mnie tkwiło. I już mogę powiedzieć, że wiele rzeczy, których chciałem doświadczyć – doświadczyłem - i to co czytałem w książkach się potwierdziło. To co pisał Scott o trudności ciągnięcia sań przez ludzi w tych warunkach, to co pisał Cherry-Garard o „przyjemnościach” spędzania tu wolnego czasu ;) czy w końcu doskonale rozumiem filozoficzne krótkie stwierdzenia Kamińskiego, że „iść trzeba, krok za krokiem, krok za krokiem”. Ale też rację miał choćby fotograf Hurley z wyprawy Shackletona, który zachwycał się naturalnym, dziewiczym pięknem tego kontynentu. Więc niech tam idę dalej, po kolejne wrażenia. Po dzisiejszym dniu 2/3 drogi zrobione. Jeśli pogoda i zdrowie pozwolą to za 16-18 dni mogę tam być, w tym magicznym miejscu. Stąd to tylko/aż 300 km. Zobaczymy…

Dziś dobry dzień. Marsz przez kilometry płaskowyżu usianego małymi i średnimi zastrugami. Niby nic wielkiego – nie narzekam! – ale wybijają z rytmu. Taki marsz to cały dzień takiego mikro-szarpania. Przeciągasz sanie przez jedną ostrą bruzdę, 2-3 kroki oddechu i kolejna bruzda. Takie cholerstwo może mieć wysokość dosłownie grubszej książki ale jest z twardego jak lód śniegu o ostrych krawędziach i już stanowi blokadę, musisz szarpnąć sanie. Taki klimat. Ale nie narzekam!

Dzień krótszy o dwie godziny, postanawiamy z Perem podarować je sobie z okazji Nowego Roku i obalić wspólnie butelkę whisky Loch Lomond, którą Per aż tu przytargał. Całe 100 ml na dwóch! Tak też się stało, stanu upojenia ani późniejszego kaca nie odnotowano ;).

Ciekawostka topograficzna jest taka, że znajdujemy się w terenie podobno najbardziej usianym szczelinami na całej trasie – ale na razie żadnej naocznie nie stwierdziliśmy ani namacalnie nie doświadczyliśmy. I niech tak zostanie.

Dystans pokonany do tej pory = 628,03 km. Dystans pozostały = 299,97 km
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
whisky
Robert
zwiedził 7.5% świata (15 państw)
Zasoby: 156 wpisów156 119 komentarzy119 282 zdjęcia282 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
09.11.2023 - 21.01.2024
 
 
02.02.2015 - 22.03.2015
 
 
22.10.2010 - 27.10.2010