Ostatni dzień roku…
Co ja tu robię? Podobno realizuję swoje marzenie. Ale czy rzeczywiście czy tylko to sobie wmówiłem?
Tak sobie dziś szedłem i o tym myślałem – a mogłem bo dzień był w miarę dobry zważywszy na okoliczności. Trudno stwierdzić tak naprawdę skąd się wziął ten pomysł, ta myśl. Ale faktem jest, że od zawsze te historie odkrywców, podróżników mierzących się z trudami, wyzwaniami poruszały we mnie jakąś strunę, powodowały, że poznawałem koleje ich losów z wypiekami na twarzy. Podziwiałem ich. Myślałem: „Czy ja bym potrafił? Czy umiałbym? Czy bym wytrwał? Czy poradziłbym sobie?”.
I jakoś tak od 6 chyba lat zacząłem przekuwać ten mglisty na początku pomysł, ogólną myśl - w konkretny plan. Plan dojścia do bieguna – no bo biegun to miejsce symboliczne jednak, „czubek ziemi”! Chociaż KURNA NIC TAM PRZECIEŻ NIE MA! Żadnego widoku spektakularnego typu Grand Canyon, żadnego zabytku jak Zamek w Malborku, nie rozegrała się tam żadna historyczna bitwa ani nie miało miejsca religijne objawienie. Po prostu punkt na mapie, a może raczej na globusie (bo na standardowej mapie w atlasie jest niewidoczny w typowym układzie Mercatora). A jednak porusza wyobraźnię. Może właśnie fakt, że tam „nic nie ma” szczególnego ma taką magiczną siłę, że niektórzy podejmują wysiłek aby tu dotrzeć o własnych siłach? Jak się słyszy, że ktoś „doszedł do bieguna” to u wielu otwierają się skojarzenia z czymś niepojętym, prawie niewykonalnym – może właśnie to ogólne wyobrażenie powoduje, że niektórzy chcą to sprawdzić na własnej skórze?
Więc chyba tak – jakieś marzenie we mnie tkwiło. I już mogę powiedzieć, że wiele rzeczy, których chciałem doświadczyć – doświadczyłem - i to co czytałem w książkach się potwierdziło. To co pisał Scott o trudności ciągnięcia sań przez ludzi w tych warunkach, to co pisał Cherry-Garard o „przyjemnościach” spędzania tu wolnego czasu ;) czy w końcu doskonale rozumiem filozoficzne krótkie stwierdzenia Kamińskiego, że „iść trzeba, krok za krokiem, krok za krokiem”. Ale też rację miał choćby fotograf Hurley z wyprawy Shackletona, który zachwycał się naturalnym, dziewiczym pięknem tego kontynentu. Więc niech tam idę dalej, po kolejne wrażenia. Po dzisiejszym dniu 2/3 drogi zrobione. Jeśli pogoda i zdrowie pozwolą to za 16-18 dni mogę tam być, w tym magicznym miejscu. Stąd to tylko/aż 300 km. Zobaczymy…
Dziś dobry dzień. Marsz przez kilometry płaskowyżu usianego małymi i średnimi zastrugami. Niby nic wielkiego – nie narzekam! – ale wybijają z rytmu. Taki marsz to cały dzień takiego mikro-szarpania. Przeciągasz sanie przez jedną ostrą bruzdę, 2-3 kroki oddechu i kolejna bruzda. Takie cholerstwo może mieć wysokość dosłownie grubszej książki ale jest z twardego jak lód śniegu o ostrych krawędziach i już stanowi blokadę, musisz szarpnąć sanie. Taki klimat. Ale nie narzekam!
Dzień krótszy o dwie godziny, postanawiamy z Perem podarować je sobie z okazji Nowego Roku i obalić wspólnie butelkę whisky Loch Lomond, którą Per aż tu przytargał. Całe 100 ml na dwóch! Tak też się stało, stanu upojenia ani późniejszego kaca nie odnotowano ;).
Ciekawostka topograficzna jest taka, że znajdujemy się w terenie podobno najbardziej usianym szczelinami na całej trasie – ale na razie żadnej naocznie nie stwierdziliśmy ani namacalnie nie doświadczyliśmy. I niech tak zostanie.
Dystans pokonany do tej pory = 628,03 km. Dystans pozostały = 299,97 km