Geoblog.pl    whisky    Podróże    Antarktyda, Biegun Południowy    D-16
Zwiń mapę
2023
08
gru

D-16

 
Chile
Chile, Camp 16
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 18856 km
 
To był dzień z kategorii „What-a-day!” Day. A niby bardzo podobny do poprzednich.

Zaczęło się „normalnie” – od poranku z wiatrem i lekkim zamgleniem. Pobudka, ubranie się, włączenie kuchenki, wrzucenie do gara kopy śniegu do topienia, w międzyczasie ogarnięcie śpiwora i całego miejsca do spania. Kawka, przelanie wrzątku do termosów, kolejna kopa śniegu – lubię ten moment rano z kawą w kubku kiedy czekam na śniadanie, zapoznaję się z prognozą pogody, sprawdzam azymut na dziś, koryguję kompas jeśli trzeba, ew. komunikuję się z Larsem żeby coś wyjaśnić. Lars Ebbesen jest weteranem polarnictwa i guru wszystkich wypraw – nie tylko norweskich – dobrze jest mieć go jako wsparcie. Cieszę się, że to on monitoruje moje postępy i daje wsparcie meteo. Zresztą dla Pera robi niezależnie to samo.

Po śniadaniu krótka zwycięska walka z namiotem składanym na wietrze (która to już?) i start. Wiatr lekko z lewego boku, lekko na twarz. Wiatr nie jest taki silny jak ostatnio, idę ubrany na lekko, jedynie twarz jest w pełni zasłonięta. Po godzinie pojawiło się słońce i humor od razu się podrasował.

Mimo, że trasa wyraźnie pod górę to dobrze się szło, spokojnym i rytmicznym krokiem. Temperatura ok minus 20, przy której w moim ubraniu czułem lekkie uczucie chłodu ale właśnie takie odpowiednie, nie miało to nic wspólnego z jakimkolwiek dyskomfortem. Czułem, że jestem optymalnie ubrany i opanowało mnie uczucie samozadowolenia – że nadal idę wbrew wszystkiemu. I właśnie wtedy był strasznie dziwny moment, pierwszy raz mnie takie coś spotkało. Nawet nie wiem jak to opisać ale to było coś takiego jakbym dosłownie fizycznie odczuł, że zeszło ze mnie jakieś napięcie, jakbym pozbył się psychicznego obciążenia. Na swoje potrzeby tłumaczę to tak, że miałem w sobie stres (to na pewno!) związany ze wszystkimi przygotowaniami, ze myśleniem co mnie tu może spotkać. A dziś to ze mnie zeszło. I poczułem takie wszechogarniające uczucie ulgi, szczęścia i zadowolenia. Z samego siebie, z tego, że tu jestem. Poczucie swego rodzaju harmonii, tego, że wszystkie elementy układanki są na swoim miejscu. Miałem tu być i jestem – tak się życie ułożyło, częściowo losowo częściowo jako efekt różnych moich decyzji. Wcześniejsze próby, zdobywanie potrzebnych umiejętności, zgromadzony sprzęt, przygotowania krok po kroku – mimo, że cały proces długo trwał to wszystko dało ten dzisiejszy efekt, że żyję samodzielnie tu już 16-ty dzień, nic mi nie jest, wszystko działa, jestem już chyba zaadoptowany i dobrze się czuję tu i teraz, w tych warunkach.

To był emocjonalny moment, on trwał na pewno krócej niż czas potrzebny na napisanie tego wpisu ale był bardzo intensywny. W tym momencie czułem, że jestem naprawdę szczęśliwy – pomimo wysiłku, trudności i spartańskich warunków. Nie mogę walczyć z Antarktydą, z naturą jaką tu zastałem – muszę się tu dobrze poczuć, no i właśnie to nastąpiło!

A chwilę potem daleko na wschodzie pojawiły się Góry Pensacola. Ilu ludzi widziało ten widok? Więcej niż 200? Nie sądzę. To też symbol swego rodzaju przywileju, że mogę tu być. (po zakończeniu wyprawy sprawdziłem -> trasą Messnera do bieguna, łącznie ze mną i Perem, wędrowało 107 ludzi w całej historii).

Taki to był dzień, pełen uniesień :)

Zrobione 19 km. Jedzenia w saniach mam na 8 dni, Do depozytu drogi jest na jakieś 6-7 dni przy sprzyjających warunkach. Szansa na zamknięcie pierwszego etapu zatem staje się coraz bardziej realna.

Dystans pokonany do tej pory = 251,0 km. Dystans pozostały = 659 km.

 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (2)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (1)
DODAJ KOMENTARZ
zula
zula - 2024-12-09 11:10
Oby takie uczucie towarzyszyło każdego następnego dnia !
 
 
whisky
Robert
zwiedził 7.5% świata (15 państw)
Zasoby: 156 wpisów156 119 komentarzy119 282 zdjęcia282 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
09.11.2023 - 21.01.2024
 
 
02.02.2015 - 22.03.2015
 
 
22.10.2010 - 27.10.2010