Po wylądowaniu w UnionGlacier okazało się, że nie ma za bardzo czasu na odpoczynek, prysznic czy jakiś inny reset. Dostaliśmy informację, że mamy jeszcze dziś transfer do Punta Arenas! Już za cztery godziny! W tym czasie musimy ogarnąć swoje rzeczy wyprawowe, te, które zostawiliśmy w bazie, przepakować i nadać na ten lot. Jest ostry chaos i zamieszanie tym bardziej, że baza UG w międzyczasie z kameralnego miejsca, które pamiętałem zamieniła się w jakąś lodową wieżę Babel - wszędzie tłum ludzi, wspinacze, turyści, naukowcy, sportowcy. Już nawet nie chodzi o kameralny klimat z początku sezonu ale po dwóch miesiącach ciszy i samotności jest to dla mnie strasznie niekomfortowe.
W końcu udaje mi się wszystko podzielić i popakować w paczki odpowiedniej wagi, oddać elektronikę i sprzęt pożyczony od Lucie, nadać bagaż. I dopiero teraz jest moment na krótki oddech przy lunchu.
Słyszę polski język. Okazuje się, że to Ryszard Pawłowski, himalaista z ekipą. Weszli na Mt. Sidley, antarktyczny wulkan w ramach projektu „Korona Wulkanów”. Jest też prawnik z Łodzi, świeżo po zdobyciu Mt. Vinson. Jak widać ile ludzi tyle projektów.
W końcu transfer na pas startowy i do samolotu, tym razem wielkiego Boeinga. To już normalny samolot, wypełniony pasażerami a nie sprzętem wyprawowym i tu już czuję, że chyba za bardzo nie pasuję – ciągle jestem w ciuchach ekspedycyjnych, nieumyty i zapewne otacza mnie specyficzna aura. No ale trudno, nie wiem jak inni wokół mnie ale ja i to wytrzymam.
Lot do Punta trwał 4 godziny, przysypiałem ale i tak dłużyło mi się bardzo. Zmęczenie, które we mnie tkwi po wyprawie ale też przez nieprzespaną ostatnia noc i dzisiejsze zamieszanie powodują, że jestem w jakimś letargu, jakby lekko skacowany. Mam wrażenie, że wszystko wokół mnie za bardzo przyspieszyło. Wczoraj jeszcze w swoim tempie, dokładnie w tych samych ciuchach, ciągnąłem swoje saneczki, dziś rano śniadanie na biegunie a teraz po 20:00 lądujemy już w Punta Arenas. Wariactwo!
Na koniec bardzo długo czekamy na nasze bagaże. Już nawet byłem pewien, że historia się powtórzy i zaginęły (jak moje sanie, które nie poleciały ze mną pierwszym lotem do UnionGlacier). Ale w końcu są i wreszcie ok. 23:00 ląduję w znanym mi hotelu Patagonia Apart Hotel.
Po wejściu do swojego pokoju padałem ale nie mogłem sobie odmówić – prysznic, ciepła woda lecąca z kranu… To był chyba najdłuższy prysznic jaki brałem w swoim życiu. I wreszcie spać, w zwykłym hotelowym łóżeczku.
I tu następuje koniec tej historii, to ostatni wpis. Od jutra zaczynam proces powrotu do cywilizacji. A zacznę może od porządnego śniadania i obiadu bo w międzyczasie miałem okazję stanąć na wadze i okazało się, że straciłem w czasie tej wyprawy 16kg swojej masy, tj. 20% tego co miałem na starcie...
Trochę cyferek na koniec (w oparciu o dane pozyskane od firmy ALE):
Od roku 1911 (Amundsen) do 2024 na biegun południowy własnymi siłami od krawędzi kontynentu dotarło 522 osób. (dla porównania – na Mt. Everest wchodzi obecnie więcej osób (600-700) w ciągu jednego roku)
Z tego trasę Messnera pokonało dotąd 109 osób (w tym ja i Per)
Ten sezon, w którym doszedłem na biegun (tj. 2023/2024) był ciekawy bo zostały ustanowione dwa rekordy w czasie pokonania trasy Herculesa zarówno w kategorii kobiet (Preet Chandi – 31 dni i 13 godzin) jak i mężczyzn (Vincent Colliard - 22 dni i 6 godzin).
Polacy na biegunie południowym:
1. Marek Kamiński, 1995r., trasa Berkner
2. Małgorzata Wojtaczka, 2017, trasa Hercules
3. Jacek Libucha, 2020, trasa Hercules
4. Mateusz Waligóra, 2023, trasa Hercules
5. Robert Więcławski, 2024, trasa Messnera